Szczyrk - białe szaleństwo
15-16 październik 2011
Po raz pierwszy w historii postanowiliśmy pojechać w góry tak późno. Weekend 15-16 październik nie należał do najcieplejszych lecz mimo wszystko zaryzykowaliśmy.
Jak się później okazało była to znów niezapomniana wyprawa okraszona odrobinę białego szaleństwa co przeniosło nas w czasie do grudnia. Marianek babuszka, wykluty o poranku, suka, 3 stówy do nieba i wszystko jasne - jajec nie było końca...
Jesienny wypad w górki chodził nam od dłuższego czasu po głowie. Jakoś nie udawało nam się wyrwać wcześniej, w zasadzie już
porzuciliśmy wszelkie planowanie bo nic z niego nie wychodziło! Wolny weekend 15-16 październik zapowiadał się słonecznie
i chłodno - ODRAZU wiadomo było gdzie nas będzie można znależć! Zakończenie sezonu letniego jak w morde strzelił! Plan był
prosty - 2 dni nawalanki po kamorach i do domu!
W szczyrku pojawilismy się ok. 9 rano w sobote, w jednym kawałku dowiozła nas kumpla "suka" (VW Golf mk3 German Style -
projekt w fazie tworzenia i testów!:) ) Temperatura nie zachęcała do wyjścia z auta - ale czas goni więc pakujemy na siebie
wszystkie możliwe ciuchy i heja na wyciąg mimo dziwnych spojrzeń wielkiej grupy turystów! Na krześle nawet nie wiało - do
pewnego momentu. Szczyt Skrzycznego zakrywały gęste chmury - powoli zaczynalismy w nie wjeżdzać no i się zaczęła zabawa.
Naszym oczom ukazała się szadź na drzewach, wiatr też się znalazł - lodowaty. Jednak najbardziej podbudował nas widok
gości zjeżdzających w dół ze śniegiem na butach!!!
O fuck tego nie przewidziałem o tej porze roku. Przed samym szczytem byłem
jak galareta a paluchy w długich rekawiczkach tak skostniały że ledwo bika trzymałem - piękny początek! Skacząc z krzesełka
omal nie wywinałem orła na śniegu! Należy wspomnieć w tym momencie że o ile ciuchów nielismy na sobie dobre pare kilo to
kapcie typowo letnie sidziaki:) Jedyna rada - nie schodzić z siodła tylko napierać ile się da.
No i zaczeliśmy napierać - z Kopy Skrzyczeńskiej fantazja wzięła górę i przy 56km/h tylna dętka podziekowała za współprace -
zmiana dętki przy -5 temp. odczuwalnej i wietrze - bezcenne! Pożądnie rozgrzalismy się dopiero pod górą Malinów,ale nie
moglismy jej ominać z jej pięknym technicznym zjazdem. Z salmopola polecielismy żółtym przez Gościejów na Trzy Kopce. Słońce
zaczęło porządnie przypiekać, po śniegu nie było już śladu. Kilka fotek przy schronisku Telesforówka (garbaty przerobiony
na ławeczkę) i lecimy dalej zielonym w kierunku Brennej. Końcówka zielonego to zjazd polaną i piekielnie szybkie płyty betonowe
i lądujemy na asfalcie. Tylny Juicy Carbon u kumpla po przeglądzie działa wyśmienicie! Zaczynamy wspinać się zielonym do czarnego
szlaku na Stary Groń. Momentami jest to świetny uphill singlem a momentami kamienie wygrywają z nami sciągając nas z siodełek
- focimy piekne okoliczności przyrody (wspaniały okaz muchomora czerwonego). Po dobiciu do czarnego skręcamy w lewo na
Horzelicę, a za nią zielonym do Brennej - świetny odcinek - polecam, mega szybki, pod koniec świetne single z korzeniami
i wylatujemy przy kościele w Brennej. O dziwo jest godz. 15.30 i normalnie (czyli w lecie) darlibyśmy dalej ale przy tej temp.
jakoś nie bardzo się chce - zalegamy w karczmie na korzennym z golonką i suszeniu kilogramów ciuchów:) Po napadzie na bankomat
udajemy się na nocleg do jakiegoś ośrodka sportu i rekreacji - tv i łazienka z ciepła wodą w cenie.
Niestety po licznych
telefonach do recepcji grzejniki pozostały zimne jak beton. Odpuszczamy sobie mycie się i pakujemy się z powrotem w ciuchy
i pod kołdry - wystaje tylko głowa żeby móc lukać tv! Obstawiam że w pokoju wieczorem było może z 16 stopnii, w nocy napewno
mniej! Kumpel kimał w kominiarce, ja w chuście Buff (marianek babuszka:) ) W niedziele rano obudziło nas mega słońce - rzut oka
za okno - skrobanie szyb zamarznięte kałuże i wszyscy w czapach i szalikach! Oł jeah chociaż nie ma śniegu:) Turlamy się do
karczmy na śniadanko - kilogramy ciuchów utrudniają ruchy nóg. Wczoraj mieliśmy śnieg i święta Bożego Narodzenia a dziś
Wielkanoc - nawet kurczak ledwo co wykluty był (efekt spania w chuście i nie mycia głowy:) ) Wciągamy jajecznice i szaszłyka
na spółe i atakujemy biedrone w celu zatankowania płynów. Zrzucam z siebie z 0.5kg ciuchów bo czeka nas konkretna wspinaczka
na Błatnią. Zielony pnie się pieknie w górę - o dziwo cały przejezdny w 100% - pięknie. Grzeje coraz bardziej, zrzucamy
z siebie kolejne warstwy. Dopingowani przez grupki turystów docieramy do schoniska na Błatniej. Szok - full ludzi leży popija
grzańce i opala się!!! W czerwcu nie widziałem tylu turystów! Na chwilkę przyłączamy się do reszty - jest pięknie!!! Rzekłbym
zajebiście!!Czas jednak ruszać dalej zółtym na Klimczok - po drodze mijamy kilka grupek bikerów - ruch na szlaku jak cholera!
W słońcu ciepło a w lesie w cieniu lód i zmrożone błoto. Niespiesznie docieramy na Klimczok - w oddali widać Tatry pokryte
równiutko białym puchem. Na Klimczoku też ostało się jeszcze sporo śniegu na drzewach - sceneria jakiej jeszcze w górach nie
widziałem, ani to lato ani zima! Odnajdujemy czerwony żegnamy widoki i lecimy w dół - dosłownie lecimy bo szlak konkretnie
opada w dół. Tutaj zaczyna się tytułowa nawalanka po kamorach - opony mają co robić. Niestety nie nadążają z odprowadzaniem
kamorów, sterowanie bikiem staje się mocno upośledzone, miałem 2 momenty dość krytyczne! Lądujemy w Chacie Wuja Toma - ścięgna
bolą od klamek - oł yes to jest to! Nawet nie żal mojego Rocket Rona Schwalbe który ledwo dycha - to jego ostatnia podróż w
góry - na wiosne przesiadam się na conti no tubeless i nowe koła! 4km do centrum Szczyrku pokonujemy migiem asfaltowym zjazdem.
Pakowanie sprzętów do "suki" przebierka w cywilne ciuchy, jeszcze jedzonko i o 17 wylatujemy do Łodzi (po drodze mijamy podpalona bejce miejscowych esów - pewnie porachunki). Pażdziernikowa wizyta w
górach od tego roku zostanie wpisana na stałe do kalendarza!! Amen
<< Zdjęcia!!! >>
